More than Goats - Więcej niż Koziołki

More than Goats - Więcej niż Koziołki


Cześć! Mam na imię Jerzy, choć kiedy piszę to wolę przedstawiać się, jako Franciszek, czy też Frank. Nie jest to pierwszy z moich blogów i zapewne również nie ostatni, ale być może jeden z pierwszych, które piszę z myślą o czymś przydatnym, a nie tylko na zasadzie sztuki dla sztuki. Pomysł na More than Goats zrodził się w trakcie poznawania kolejnych podróżników, którzy znajdowali nocleg w moim mieszkaniu w Poznaniu. Dostaję od nich bardzo przychylne i pochlebne opinie dotyczące tego ile wiem o mieście i w jaki sposób dzielę się tą wiedzą, czy to zdalnie, kiedy jestem dostępny dla nich tylko na WhatsApp, czy to realnie, kiedy po godzinach pracy na etacie pokazuję im paluchem na co warto popatrzeć i co wtedy widzą. Myślę nawet nad zrobieniem kursu na oficjalnego przewodnika miejskiego, jednakże jest to możliwe od jesieni, stąd pomysł, żeby nie czekać bezczynnie.

Nie jestem Poznaniakiem, a jedynie mieszkam tu od czasu, kiedy rozpocząłem studia architektury na Politechnice. Z Poznania był mój ojciec, mieszka tu również jego brat z rodziną. Studiowali tu również moi bracia i matka, jednakże nikt nigdy nie przekazywał mi wiedzy na temat miasta. To ja sam przez lata pozyskiwałem ją w raczej nieuporządkowany i chaotyczny sposób, czasami na wykładach, czasami w bibliotece, a czasami po prostu szwendając się po mieście, sprawdzając przy tym, gdzie wejść można, a gdzie nie wypada.

Być może nie będę jedynym autorem na blogu More than Goats, a być może przyjdzie mi opisywać historię Poznania w samotności. Tego jeszcze nie wiem. Jak będzie rozwijał się ten blog? Trudno mi teraz powiedzieć. Zasadniczo do wyboru jest indukcja lub dedukcja, jednakże nie lubię ograniczać się schematami. To co chcę udowodnić to myśl zawarta w tytule - Poznań to więcej niż koziołki. Poznań to jedno z czterech najważniejszych siedlisk słowiańskich w czasach wczesnopiastowskich (zaraz za Gnieznem, Gieczem i Ostrowem Lednickim). Poznań to dziedzictwo historyczne i archeologiczne. To legendy i zagadki.

Nie jestem dziennikarzem. Mimo to niektóre z wpisów chciałbym oprzeć o wywiady z właśicielami restauracji, kawiarni czy pubów. Chciałbym też przeprowadzać sondy uliczne. Wiele historii o tym mieście mieści się w rodzinach. Niektóry z tym rodzin nigdzie się nie ruszały przez stulecia. Inne, jak moja, były targane przez różne wichury na przestrzeni lat, a mimo to, wracały do Poznania, choć musiały mieszkać w tymczasowych barakach. Będę przeszukiwał zasoby dostępne w internecie, książkach i muzeach oraz będę pytał. Trochę jakbym tu zabłądził i chciał się dowiedzieć jak mam się stąd wydostać.

Jeśli chcesz wspomóc moją (w przyszłości być może naszą pracę) możesz kupić mi kawę. Link zostanie podłączony wkrótce.


Dwie kozy na dachu - musisz to zobaczyć!


Poznań - koziołki. Koziołki - Poznań. Są w polsce takie skojarzenia, które są kodowane w naszych głowach i nie jesteśmy w stanie ustalić ile mieliśmy lat, kiedy ktoś po raz pierwszy powiedział nam o tym, że w Krakowie jest smok, który zieje ogniem, w Toruniu są pierniki i krzywa wieża, we Wrocławiu jest Panorama Racławicka, w Warszawie nic nie ma, a w Poznaniu są koziołki.

Myślę, że każde dziecko uczęszczające w Wielkopolsce do podstawówki musiało odbębnić wycieczkę szkolną do Poznania, gdzie jednym z punktów oprócz Nowego Zoo, zjeżdżalni na Malcie i Palmiarni było oglądanie Koziołków w samo południe na płycie Starego Rynku. Pytanie tylko - po co?

Jak dwie kozy stały się symbolem jednego z polskich miast stołecznych (miast, które na przestrzeni lat pełniły funkcję stolicy Polski)? Nie obiecuję, że to zrobię, ale postaram się odpowiedzieć na to pytanie.


W każdej legendzie jest ziarnko prawdy


Niech mnie grom z jasnego nieba strzeli jeślim wykonał research kiepski, a nieporządny (a więc nie poznański), ale pierwsza historyczna (!) wzmianka o koziołkach dotyczy rachunku z 1551 roku. Koziołki określa się, jako mechanizm błazeński, a wykonawcą został autor zacnego zegara ratusza, który doczekał się w tamtym czasie renesansowej przebudowy po wcześniejszym pożarze. Samemu ratuszowi obiecuję osobny wpis na blogu. Warto jednak dodać, że to zegar stanowił główny wydatek i pokazywał statut oraz majętność miasta. Koziołki zapewne powstały ku uciesze gawiedzi i przejezdnych, gdyż Poznań w ówczesnej Polsce był dobrze usytuowany na skrzyżowaniu szlaków handlowych i była z tego niezła kasa.

Być może koziołki miały symbolizować również "zachodniość" Poznania i Wielkopolski, ponieważ podobne mechanizmy spotkać można było raczej w miastach pod wpływem niemieckim (w Polsce Gdańsk, Olsztyn czy Wrocław, a za granicą Praga, Strasburg, Bern czy Monachium). Aczkolwiek jest to tylko moje przypuszczenie niepodparte żadnym konkretnym źródłem poza Chat GPT.

Legenda o poznańskich koziołkach (która wcale nie jest powszechnie znana - sprawdziłem dzisiaj na  Mamie) pojawia się po raz pierwszy w XIX wieku. A w legendzie było to tak...


Udziec koźli zamiast jeleniego - nie zorientują się (daj Bóg)


W trakcie przebudowy poznańskiego ratusza pod kierownictwem italiskiego architekta Jana Baptysty Quadro (it. Giovanni Battista di Quadro z Lugano) zamówiono u zacnego mistrza Barłomieja Wolffa z Gubina wielki zegar mający zawisnąć na nowowybudowanej wieży. Świeżo wykonany zegar dostarczono do miasta wraz z końcem lata, a wydarzenie to zamierzano przypieczętować wyprawiając świetną ucztę dla najważniejszych poznańskich urzędników oraz przyjezdnych, znamienitych gości.
Kulinarną dominantą ówczesnego menu miał być udziec jeleni pieczony na rożnie, polewany masłem. Mniam. Kucharz - mistrz Mikołaj Gąska zadanie trudne, a odpowiedzialne powierzył jednemu z kuchcików - Pietrkowi. Jako, że było to danie główne, to i kuchcik zapewne był najbardziej zaufany.

Pech chciał, że młody kuchcik spotkał osobiście mistrza Bartłomieja, która naopowiadał młodemu czeladnikowi i arkanach pracy wielkiego zegara. Młodzik zapewne kręcił powolutku rusztem z jelenim udźcem ale skupić się na swojej pracy nie potrafił, gdyż myślą był tam, gdzie wskazówka krótsza wyznaczała godzinę, a długa pokazywała ile upłynęło minut. Mistrz Gąska miał ręce pełne roboty, a Pietrkowi ufał stąd też nie patrzał mu ręce, kiedy ten doglądał pieczeni, a przychodził jedynie od czasu do czasu aby oblać mięsiwo masłem i nacieszyć się zapachem roztaczającym się na nowo po komnacie. Pietrek w końcu nie wytrzymał i chytrze postanowił wyskoczył napatrzeć się na błyszczący zegar i jego mechanizmy (dzisiaj skoczyłby na szluga, ale nie niszczmy tonu legendy).

Bóg jedyny wie ile czasu pieczeń pozostała bez opieki i co sprawiło, że czeladnik wrócił do pracy, ale kiedy chciał na powrót doglądać dzieła mistrza okazało się, że spartaczył całą pracę po całości. Udziec spadł z rusztu i był czorny, bo spalony na węgiel. Pietrek w pierwszej chwili już myślał o szafocie, bo katowski topór przeznaczony był jedynie dla szlachetnie urodzonych. Ale jako, że wiosen widział w życiu niewiele wykombinował plan B.

Wiedział, gdzie niedaleko mieszczanie wypasają swój zwierzyniec i poleciał tam, jakby go kocie łby uliczne parzyły niezmiernie. Wpadł na łąkę i dopadł dwa kozły, które mu pierwsze w ręce wpadły, a na bek ich nie zwarzając, zaciągnął je dziarsko do ratusza, gdzie zamierzał odebrać im życie. Działał jakby w szale alibo w gorączce strasznej co też zwierzęta wyczuły i przy pierwszej okazji dały dyla, a Pietrek już nie był w stanie ich dopaść. Przepadły!

Wtem (być może, bo czemu nie?) wpadł do komnaty mistrz Gąska i patrzeć nie musiał na jeleni udziec, bo tak spalenizną capiło, że od wejścia było wiadomo co się tu zadziało. Pietrek zaczął otrzymywać baty i być może Gąska wykonałby pracę kata na swoim młodym czeladniku, gdyby nie gromkie śmiechy i oklaski, które zaczęły dobiegać z zewnątrz, tam gdzie tłum z dostojnikami i gawiedzią gromadził się oczekując na wieczerzę. Wyszli zatem Gąska z Pietrkiem, aby obaczyć co jest przyczyną tejże wrzawy.

A wszyscy przed ratuszem zebrani mieli wspaniałą uciechę, a głowy zadzierali niemal w niebo. Otóż dwa kozły zaciągnięte przez Pietrka do ubicia i podania w zamian zwęglonego, jeleniego udźca na gzyms się gramoliły! A w zakłopotaniu i w obawie przed upadkiem zaczęły się trykać rogami na oczach wszystkich zebranych. Sam burmistrz poznański (być może) pan Leonard Kraker wraz z zacnym starostostą generalnym całej Wielkopolski i kasztelanem poznańskim (być może), panem Andrzejem Górką herbu Łodzia (którego Pałac mieści dziś Muzeum Archeologiczne o czym innym razem) tak się śmiali, że oboje ręką machnęli, gdy im zatrwożony mistrz Gąska o spalonym udźcu doniósł. Ba! Mało tego! Jeszcze tego samego dnia przywołali do siebie mistrza Barłomieja Wolffa z Gubina i zlecili mu dodatkową pracę, aby widowisko to po wieki uwiecznić w postaci mechanizmu błazeńskiego, co tej mistrz Bartłomiej wykonał i tak się spalony udziec w dwa kozły przemienił.

Co również warte odnotowania (ku uciesze WWF czy tam GreenPeace) oba koziołki uratować się udało, a właścicielką okazała się biedna wdowa, która otrzymała się na powrót. Chwalmy Pana!


Symbol Poznania przywrócony przez Niemców?


Odpocznijmy chwilę od historyzującego tonu legendy. Uściślając - wiemy z historycznego dokumentu (rachunku) że mechanizm błazeński został zlecony do wykonania temu samemu rzemieślnikowi, który wykonał zegar umieszczony na renesansowej wieży ratusza. Dokument pochodzi z 1551 roku (być może z września, jednakże nie jestem w stanie podać źródła bez oparcia o literaturę). Wiemy, że renesansowa przebudowa trwała do roku 1560, więc można przyjąc, że wraz z jej zakończeniem, koziołki bawiły dzieci i dorosłych robiąc show adekwatne do tamtych czasów (niczym katarynka w Duloc z pierwszej częsci Shreka). Ciężko odnaleźć informacje o tym jak często koziołki się trykały i czy mechanizm wymagał wielu napraw ale oceniając po tym, jak to działa dzisiaj, możemy się domyślać, że koziołki mogły psuć się często, a naprawy były kosztowne w utrzymaniu (prawdopodobnie nie było w mieście na stałe mistrza, który mógłby się nimi opiekować, ale mogę się mylić).

Kolejna ważna dla koziołków data to rok 1675, kiedy w wieżę ratuszową uderza piorun i wznieca pożar budynku. Od tej pory zniszczony mechanizm pozostaje jedynie wspomnieniem mieszkańców Poznania, a z czasem w mieście nie ma już nikogo, kto widział trykające się koziołki na własne oczy.
Na przestrzeni lat poznański ratusz zmienia również swoje pierwotne znaczenie, ale o tym innym razem.

XIX wiek to narodziny legendy, której parafrazę sporządziłem powyżej (nie znalazłem konkretnej daty, ale poza krótkim okresem Księstwa Warszawskiego, Poznań cały XIX wiek spędził pod rządami pruskimi/niemieckimi mając chwilowo większą lub mniejszą autonomię. Legenda mogła być jedną z form stawiania oporu zaborcy w sposób organiczny). Pod koniec okresu zaboru pruskiego/niemieckiego odnajduje się rachunek wskazujący na mistrza Bartłomieja Wolffa z Gubina i być może to właśnie pochodzenie tego rzemieślnika motywuje niemieckie władze miasta do zrekonstruowania poznańskich koziołków. Wtedy to również ratusz zaczyna być traktowany jako zabytek i na powrót wzrasta ranga tego budynku. Koziołki na powrót trykają się w 1913 roku.


Problematyczny czas międzywojnia i powojnia


Niemiecka rekonstrukcja koziołków pod koniec okresu zaborów, w dwudziestoleciu międzywojennym oraz w okresie okupacji hitelrowskiej działała... Ale raczej kiepsko. Mechanizm często się psuł i zacinał. Podczas walk o odzyskanie Poznania w 1945 (ze względu na silny opór w Forcie Winiary o czym innym razem) ogromnym zniszczeniom uległ cały obszar Starego Miasta - w tym ratusz wraz z koziołkami. Komunistyczne władze zdecydowały się jednak odbudować ratusz w jego renesansowym stylu i przywrócić koziołki do życia. Na 9 lat od zakończenia wojny (1954) koziołki na nowo zaczęły cieszyć Poznaniaków i turystów. O tym, jak działał PRL-owski mechanizm należy pytać rodziców i dziadków, jeśli mieszkali w Poznaniu lub odwiedzili miasto za komuny.


Koziołki 2.0 czyli Pyrek i Tyrek


A kto wie o tym, że koziołki, które możemy oglądać współcześnie to polska myśl technologiczna z lat '90-tych?
Żeby uniknąć kopiowania wikipedii pozwolę sobie przedstawić jedynie kluczowe nazwiska i informację (a do pełnego, dość technicznego opisu, odsyłam do polskiego artykułu wiki).

  • Marian Marcinkowski - poznański przedsiębiorca, fundator obecnego mechanizmu
  • 12 czerwca 1993 roku - data uruchomienia nowego mechanizmu (wizualnie bez różnicy)
  • dr inż. Stefan Krajewski - konstruktor mechanizmu opracowywanego od 1989 roku
  • prof. Jan Chajda - kierownik Zakładu Metrologii Politechniki Poznańskiej - wykonawcy
  • Ryszard Urbaniak - kierownik zespołu projektowego (na wiki brakuje tytulatury)
  • Zdzisław Sajna - główny monter urządzenia
  • Zakłady Cegielskiego - wykonawca części najtrudniejszych detali
A kto wie, że poznańskie koziołki nie są bezimienne?
W 2002 roku, w wyniku plebiscytu Radia Złote Przeboje wyłoniono dla nich imiona - Pyrek i Tyrek. Pyrek, to raczej wiadomo, od poznańskiej pyry, czyli ziemniaka. Tyrek, to od tyrania, czyli ciężkiej pracy, z której słynie Poznań i Wielkopolska (przynajmniej w teorii). Niestety nie jestem w stanie ustalić, który jest który. Jeśli posiadasz tą wiedzę, zostaw info w komentarzu.

Warto jeszcze dodać, że koziołki, ale maskotki KKS Lecha Poznań to już nie Pyrek i Tyrek, a Ejber i Gzub


Wstęp, rozwinięcie i... More than Goats


Czy o poznańskich koziołkach można napisać jeszcze więcej? Oczywiście. Jeśli jeszcze tego nie napisałem, to chciałbym to podkreślić teraz. Lokomotywa dopiero się rozgrzewa. Jeszcze nawet nie ruszyła. A historii o Poznaniu jest tyle, że jeden wagon węgla nie wystarczy, żeby pociągnąć i rozpędzić cały pociąg. Na ten moment poczytałem tylko wikipedię, opinie w Google, inne blogi i Chat GPT. Obawiam się, że chodząc niczym Jechowi od drzwi do drzwi można dowiedzieć się o wiele więcej! Poza tym, wycieczka do Biblioteki Raczyńskich w celu poszukiwania literatury o stolicy Wielkopolski dopiero przede mną. Co będzie dalej? Czas pokaże. Myślę, że tematy będą rodziły się jak problemy w Informatyce (kiedy rozwiążesz jeden problem, dostajesz 50 następnych).

Nie lubię tego robić, ale błagam o feedback. Na ten moment, jeśli to czytasz, to znaczy, że się znamy i dostałeś ode mnie link do tego wpisu. Wiele wymaga poprawy. Forma, treść, błędy językowe, może szyk, może jeszcze coś innego. Myślę, że każdy zauważa coś innego i dlatego lubię dzielić się tym, co piszę. Jeśli zauważyłeś coś fajnego, podziel się tym. Jeśli zauważyłeś coś złego, tymbardziej, zostaw komentarz. Na ten moment nie proszę o nic więcej, jak tylko o lekturę.

Komentarze